Elite Dangerous, której wiadro zalet ośpiewałem hymnami pochwalnymi wielokrotnie ma problem. Nie taki problem, o którym się głośno mówi na Reddicie, nie taki, o którym nagrywają godzinne video na YouTube. Taki problem, o którym się nie mówi nic, bo po prostu pewnego dnia odpala się launcher, patrzy na ten przycisk „Play” i… zamyka okno.
I tyle. I już
Gra zostaje w bibliotece Steama jako swoiste memento godzin wsadzonych bez ceremonii, a Commander (tytuł każdego pilota, niezbywalny jak syfilis) taki i owaki przechodzi do historii. Byłem tam i źle mi z tym. Może Ty też. Najpierw jest zachwyt, i to jaki! Pierwsze minuty w Elite Dangerous to magia, dosłownie w najczystszej postaci. Przynajmniej dla fanów gatunku. Siedzisz w kokpicie, przed tobą gwiazdy (no dobra, tak naprawdę wnętrze hangaru stacji kosmicznej), muzyka gra, a ty myślisz sobie — no to teraz będę Hanem Solo, tylko lepszym, bo z dżojstickiem. Wszechświat jest wielki, możliwości nieskończone, a Droga Mleczna rozciąga się gdzieś przed tobą jak zaproszenie. Wspaniałe uczucie. Trwa mniej więcej do momentu, gdy próbujesz po raz pierwszy zadokować.

Tu się zaczyna dramat, powolny i nieuchronny. Dokowanie. Słowo niewinne. Dla pilotów Elite — traumatyczne wspomnienie i drżące ręce. Przynajmniej na początku. Stacja obraca się, szczelinę wejściową widać jak przez dziurkę od klucza, a twój statek reaguje jakby miał własne zdanie na temat tego, którędy na górę. Pierwsze trzy razy to katastrofa. Eksplozja, mandat, znowu eksplozja. A gra patrzy na ciebie z ekranu i milczy, bo tutorial był, owszem, ale taki, żeby go zrozumieć, to trzeba być kosmicznym inżynierem, po trzech fakultetach, albo bardzo cierpliwym człowiekiem. Ja jestem tym drugim, ale z ograniczonym terminem ważności.
I właśnie tu zaczyna się pierwsze pęknięcie
Nie odchodzisz od razu. Walczysz. Googlasz. Oglądasz YouTube, gdzie jakiś zdolny pilot o nicku CMDR Pimpuś w 47-minutowym materiale tłumaczy, jak ustawić sterowanie. Wracasz. Próbujesz dalej. Kolejne dokowanie. Porażka. I znowu. Ale ziarno zostało zasiane. Wszechświat jest wielki. Może za wielki. 400 miliardów układów słonecznych. Twórca gry, studio Frontier bardzo lubi tę liczbę. I jest imponująca, nie ma co. Problem w tym, że jak polecisz do 50 z nich, to masz wrażenie, że widziałeś wszystkie. Skalista planeta. Lodowa planeta. Gazowy olbrzym. Stacja kosmiczna. Misja: przywieź to tutaj. Misja: zabij tego tam. Misja: znowu przywieź coś, gdzieś, za grosze. Grind w celu zdobycia kasy w Elite jest trochę jak próba załatwienia czegokolwiek w ZUSie, w piątkowe popołudnie. Odrębny krąg piekieł. Osobna kategoria cierpienia. Ale grasz. Z czasem jesteś coraz lepszy, co owocuje coraz bardziej pękatym kontem.

Na swój pierwszy porządny statek pracujesz tygodniami, a każdy lot to walka z rachunkiem ekonomicznym, który ma tyle wspólnego z bezkresną, pozbawioną spodni radością z gry, co rozliczanie PIT-u. Bo najpierw trzeba uzbierać, żeby sobie gablotę kupić, potem wypadałoby ją wyposażyć, a im bardziej doświadczony pilot, tym bardziej wycacana maszyna być musi. Robisz te loty, bo wiesz, że gdzieś na horyzoncie jest ten moment, że będzie lepiej. Tylko ten horyzont się oddala w tym samym tempie co lecisz.
Samotność to feature, nie bug
Podobno. Elite Dangerous to technicznie gra multiplayer. Technicznie. W praktyce możesz grać setki godzin i nie spotkać żywej duszy. Wszechświat jest tak ogromny, że nawet jak inni gracze są online, to ich nie ma. I to jest piękne filozoficznie, ale w praktyce… po prostu siedzisz sam w kokpicie i słyszysz tylko silnik swojego statku i ciszę. Dla jednych to zen. Dla drugich — powód, żeby odpalić coś innego, gdzie przynajmniej ktoś cię obraża na czacie. Nie dla każdego, od zawsze powtarzam, ale można znaleźć odrobinę spokoju w relatywnie automatycznym skakaniu między systemami. Grunt, żeby wachy nie brakło.
Wszechświat jest tak ogromny, że nawet jak inni gracze są online, to ich nie ma.

A potem był Odyssey I tu Frontier pokazało, że potrafi samo sobie strzelić w stopę z imponującą precyzją. Odyssey — dodatek, który miał wszystko zmienić, nowe możliwości, chodzenie po planetach, nowy rozdział. Wyszedł w stanie, który nazwać można ostrożnie „niedopracowanym”, a mniej ostrożnie — katastrofalnym. Stare wersje gry przestały być kompatybilne z nową, wydajność leżała, bugi były wszędzie, a Frontier komunikowało się ze społecznością z energią i transparentnością komornika sądowego. Ale przynajmniej dokowanie ułatwili, bo można sobie w statek za jedyne tyle, co kosztuje kebab, wsadzić ustrojstwo, co wyląduje za nas. I wtedy duża część graczy zamknęła launcher po raz ostatni. Nie z hukiem, nie z pożegnalnym postem na forum. Po cichu. Tak po prostu.
Więc dlaczego nikt o tym nie mówi? Bo Elite Dangerous to gra, którą się kocha
Nawet jak się od niej odchodzi. Nawet jak się na nią nie zagląda od roku. Masz ją tam, w bibliotece, i wiesz, że kiedyś wróci ta iskra. Może. Pewnie nie. Ale może. I dlatego nie piszesz posta pt. „rzuciłem Elite i oto dlaczego”. Bo to by było jak przyznanie się, że coś się skończyło na dobre. Łatwiej zostawić ikonę w bibliotece i udawać, że to tylko przerwa.

A co ze mną? Co z latami wsadzonymi w grę, ze statkami powoli rdzewiejącymi w zapomnianym porcie Esposito City? Szczerze, to nie wiem jak odpowiedzieć. Kilka dni temu dali za darmo statek. Zgodnie z zasadą, że gratis, to szalenie uczciwa cena, dodałem go do hangaru. Spora jednostka, ewidentnie nadająca się tylko do transportu osób, ale ej, nie narzekam. Parę baniek w kieszeni zostało. I co? I nawet go skubańca na przysłowiowe dwa kółka wokół komina nie zabrałem. Nie było jakoś weny. Dyplomatycznie zatem: czas pokaże.
I jak zwyczajowo pozdrawiają się piloci – o7 Commander.
Grę Elite Dangerous znajdziecie na Steam.
No Comments